Zaproś przyjaciół
Już teraz powiadom swoich znajomych wysyłając im maila
Profil podróżnika
O tym jak smakuje człowiek oraz łowcach chrztów opowie Wojciech Cejrowski (dodano 13 kwietnia 2009)

tagi: wywiad Wojciech Cejrowski gringo Indianie Amazonia

Wojciech Cejrowski podczas rytualnego malowania twarzyWojciech Cejrowski - podróżnik, poszukiwacz ginących plemion Amazonii, pisarz, publicysta, członek rzeczywisty Królewskiego Towarzystwa Geograficznego. Największą popularność przyniosły mu cykle autorskich programów: ,,Boso przez świat", ,,WC Kwadrans", ,,Z kamerą wśród ludzi" oraz ,,Podróże z żartem". Jest również autorem wielu książek o tematyce podróżniczej (m.in.: ,,Gringo wśród dzikich plemion") oraz audycji radiowych.




Dlaczego Pan podróżuje?


Nie cierpię zimy. Klimat polski jest doskonały dla rozwoju pleśni. Dla człowieka, gatunku pochodzącego z sawanny, właściwe temperatury mieszczą się w przedziale 15-30 stopni Celsjusza. Są to temperatury, które nie wymuszają ubrania. Więc siłą rzeczy jest to po prostu nasze naturalne środowisko. A ja nie ukrywam, że znacznie lepiej czuję się w goracym klimacie.



Wyprawy do dżungli wymagają bardzo dużo wysiłku i wyrzeczeń. Oznaczają też spore ryzyko. Czy nigdy nie myślał Pan, że może już nie warto, że ryzyko się nie opłaca, a zdrowie i życie są ważniejsze?


W dżungli żyją małe dzieci i staruszki, jest to normalne otoczenie dla Indian, od pokoleń toczy się tam ich życie i innego nawet nie znają. Funkcjonowanie w tym środowisku nie stanowi dla nich żadnego problemu. A niebezpieczeństwa? No cóż są częścią tamtejszego życia. Po dwudziestu latach ja również jestem do nich przyzwyczajony. Tak samo jak my jesteśmy przyzwyczajeni do niebezpieczeństw czyhających na nas na drogach. Wiemy, że są wariaci drogowi, ale z pewnością nie przestaniemy podróżować samochodem z ich powodu, bo fakt ich istnienia jest dla nas niejako oczywisty.



Jak smakuje człowiek?


Przede wszystkim ludzi się nie powinno jeść. Fakt - mnie zdarzyło się to raz w życiu. W tym szczególnym przypadku, o który zapewne pan pyta, szczątki zmarłego zostały bardzo dokładnie spalone i zmieszane z zupą z bananów, by pozbyć się smaku prochów. Był to rytuał jednego z plemion. Pewien rodzaj cmentarza. Oni wierzą, że poprzez zjedzenie zmarłego zabieraja go ze sobą. W związku z tym, że są plemieniem wędrownym po kilku latach opuszczą obecną wioskę, by już nigdy do niej nie powrocić. Nie chcą więc zostawiać tu doczesnych szczątkow członków swojej wspólnoty. Dla porównania - my mamy obcowanie świętych. Wierzymy w to, że nasi zmarli będą zawsze mieli z nami kontakt, bez względu na to, gdzie będziemy. Ale i tak wyjeżdżając na przykład na inny kontyntent nie chcemy rozstawać się z ich grobami… Tym bardziej zrozumiale jest to w przypadku Indian, z ich trochę dziecięcym poziomem moralności.



W jaki sposób został Pan dopuszczony do tego rytuału? Co dwie głowy to nie jedna...


Po pierwsze muszę zaznaczyć, że nie każdy zostaje do tego rytuału dopuszczony. To była prośba zmarłego. Chciał ze mną wyruszyć na polowanie. Był uznanym w swojej wiosce myśliwym. Bardzo interesowały go zwierzęta żyjące w polskich lasach. Mówiłem mu, że mamy pekari, ale są czterokrotnie większe, a w dodatku mają kły. Nawiasem mówiąc pekari są niebezpieczniejsze od naszych dzików, bo atakują w stadach. Ów myśliwy był bardzo zafascynowany moimi opowiadaniami, więc musiałem mu obiecać, że zabiorę go do Polski, by pokazać mu nasze zwierzęta. Prośbie umierającego się nie odmawia.



Poszukuje Pan zaginionych plemion. Takich, które nie miały wcześniej kontaktu z cywilizacją białego człowieka, ale jednocześnie przywozi Pan ze sobą maczetę, hamak i metalowe przedmioty. Przywozi im Pan swoją cywilizację. Atrakacyjną dla nich, bo nieznaną. Czy nie obawia się Pan, że kontakt z Panem spowoduje, że Indianie szybciej ulegną tej cywilizacji? Wyjdą poprosić o swoje pierwsze majtki i zostaną zasymilowani?


Każde roztropne działanie musi być podszyte tego rodzaju lękiem. Działanie zawsze jest związane z ryzykiem. Tylko brak działania jest bezpieczny. Za każdym razem muszę podjąć decyzję tak, żeby nie skrzywdzić drugiego człowieka. Robię więc to, co podpowiada mi rozum i sumienie. Mam obawy, że kolejna wyprawa spowoduje takie spustoszenie, które pan opisuje. Kiedyś zdarzyło się, że po kilkunastu latach odwiedzilem ponownie pewną wioskę. Mieszkało w niej plemię, które w ciagu tych kilkunastu lat ucywilizowało się. Trafili bowiem na okres, kiedy Brazylia postanowila wyciąć kolejny kawał lasu. W ciagu roku wycięto wszystkie drzewa i wybudowano miasto w środku dżungli. Indianie dostawali blaszane łódki, benzynę i motory. Byli ubrani tak jak pan. Bardzo szybko pokonali przestrzeń dziesięciu tysięcy lat, które różni dzikie plemię od nas. Kiedy oglądali zdjęcia swoich dziadków przywiezione przeze mnie, widzialem łzy w ich oczach.Oni pamiętali tych, którzy pomarli kilka lat wcześniej. Natomiast nie wiedzieli już, że ich dziadkowie chodzili pomalowani na czerwono w sukienkach z trawy. Cała wioska zbiegła się oglądać te zdjęcia, a potem prosili żeby im te zdjęcia zostawić. Były one wszystkim, co pozostało po ich dawnym sposobie życia.



Czym jest dla Indian rodzina?


Wszystkim. Jest ich systemem socjalnym, ubezpieczalnią, czymś bez czego nie przetrwają. Jeśli Indianin jest chory mogą mu pomóc tylko bliscy, jeśli będzie głodny tylko oni mogą go nakarmić. Nie ma dla nich nic gorszego niż ostracyzm. Za największe zbrodnie „dzicy” karzą wygnaniem, tak samo jak Berberowie na przykład. Wygnanie musi skończyć się samotną śmiercią w dżungli. Na naszym kontynecie możemy żyć jako jednostki, oni nie. Co więcej, wśród Indian nie ma własności. Gdy nie uda im się zdobyć pożywienia mogą pójść do sąsiedniej chaty i wziąć jedzenie. Wprawdzie ty to upolowałeś, ale ja jestem głodny, więc sobie to biorę. Następnym razem ty będziesz głodny, więc ja dam tobie.



Ich system religijny, system wierzeń? Jest za mało czasu, by to opisać, ale proszę opowiedzieć czym jest dla Indian religia w życiu codziennym?


Indianie są znacznie bliżej Boga niż my. Oni go doświadczają na co dzień ,widzą go i czują wokół siebie. Bóg jest w naturze, jest obecny wszędzie. Indianie nie mieli objawienia, ale zasady moralne mają takie same, bo są to wartości uniwersalne. Podobnie ja my rozróżniają dobro i zło, potepiają mordertwa i kradzieże. Wierzę, że Bóg im również dał drogę Zbawienia. Choć inną od naszej.



Czy Indianie są od nas bardziej szczęśliwi?


Nie wiem. A jak to mierzyć? Ich szczęście polega na tym, że nie oczekują więcej niż mają. Nie walczą o gromadzenie dóbr. Wystarcza im to, co daje im natura. W Europie zresztą też spotyka się takich ludzi. To są kloszardzi. Często w ich zyciorysach możemy dostrzec, że poczuli się zmęczeni tym gromadzeniem dóbr. Nie chcieli martwić się o swój majątek i dobrowolnie z niego zrezygnowali.



Czym dla Indian jest wejście do cywilizacji - awansem społecznym czy degradacją?


Jak może być dla nich awansem, jeśli z dumnych Indian, właścicieli swojej własnej ziemi stają się pariasami, niewolnikami?! Pewnego dnia ktoś przychodzi do Indianina i mówi mu, że jego ziemia nie jest już jego, a należy do państwa. On w prawdzie może tę ziemię wykupić za pieniądze, ale pieniędzy nie posiada. Nigdy wcześniej nie były mu potrzebne. W tym nowym świecie nie można też funkcjonować bez znajomości języka hiszpańskiego, do tej pory zupełnie mu obcego.



Jak w to wszystko wpasowują się „łowcy chrztów”, czyli misjonarze? Czy nie burzą ich ładu społecznego?


Burzą, i to strasznie. Przychodzą i mówią, że jest jakiś inny Bóg, o którym wcześniej nie słyszeli. Sytuacja wymaga od misjonarzy bardzo dużo wyczucia. Muszą przekazać im chrześcijaństwo, bo jednym z dwóch najważniejszych nakazów ewangelicznych jest głoszenie dobrej nowiny. Misjonarz przychodzi do wioski i mówi, że jest jakaś lepsza droga do Zbawienia. Mówi: „Przekazuję Ci to, bo uważam, że powinienem. Jest to mój obowiązek, bo religia, którą Ci przekazuję jest dla Ciebie najlepsza” Misjonarz ma jednak inne, równie ważne zadanie - ma przygotować Indian na przyjście cywilizacji. Cywilizacji, która cuchnie siarką. Ale jej przyjście jest nieubłagane. I misjonarz nie może pozwolić Indianom w niej zginąć. Mówi: „Nie uczyłbym was tego, gdybym mógł was otoczyć kloszem, bo macie swój raj na ziemi. Ale ja muszę was nauczyć jak się obraca pieniędzmi. Pieniądze sa złe, ale bez nich nie możecie żyć w tej nowej rzeczywistości”. Powoli wpaja im zasady jak najbardziej nieewangeliczne - że nie wolno się wszystkim dzielić z innymi, że trzeba być ostrożnym i nie ufać innym, że należy wymagać zapłaty za jakieś dobro. Wpaja im cynizm życiowy dotychczas zupełnie im obcy. Ale to jest niestety konieczne.



Czy wie Pan co się dzieje teraz z plemieniem Wai Wai  (w książce „Gringo wśród Dzikich Plemion” Wojciech Cejrowski opisuje podróż do ostatniej „dzikiej” wioski tego plemienia [przyp. red.])?


Plemię Wai Wai już nie istnieje. Owszem, żyją jeszcze ludzie z tego plemienia mający świadomość swojego pochodzenia, ale już nie kultywują swoich tradycji, zasymilowali się. Stracili raz na zawsze swoją odrębność, założyli spodenki, i żyją wsród białych i metysów.



I w przepasce chodzi już tylko jeden przybysz o blond włosach?


Już nikt. Żaden badacz już do nich nie jeździ, wiec nie ma kto świecić gołą pupą (śmiech).



Co zrobi Wojciech Cejrowski, gdy już ostatni "dzicy" znikną z Amazonii? Czy przestanie Pan tam jeździć?


Nie wiem. Będę się zastanawiał jak już to nastąpi.



Powiedział Pan kiedyś, że „gdy chcesz rozpocząć swoją pierwszą wielką podróż to weź na plecy lodowkę i jedź”. Co jeszcze jest potrzebne, żeby taką podróż rozpocząć?


Tak, chodziło mi o to, że samemu należy podjąć trud sfinansowania takiej podroży. Szukanie kogoś, kto taki wyjazd zasponsoruje nie ma sensu. Trzeba samemu zarobić, bo to jest jak jabłko - może nawet być kwaśne, ale najlepiej smakuje, gdy samemu się je zerwie z drzewa. Ja nic na to nie poradzę, ale tak właśnie jest. Teraz jest pan studentem i proszę korzystać z tego okresu bez zobowiązań. Zobowiązań bardzo miłych pewnie, związanych z domem i rodziną, ale teraz jest szansa na to, żeby zwiedzać i podróżować.



Co w życiu jest najważniejsze?


Zbawienie duszy i chciałbym to podkreślić „wężykiem”. Życie nie musi być ani wygodne, ani nawet piękne. Może być najbrzydszym życiorysem świata, bo ono służy zbawieniu duszy, a nie laurce, którą ktoś nam wystawi po śmierci. Dziękuję serdecznie za rozmowę.





Rozmawiał: Mateusz Machunik

Marcin Szworak







Menu aktualności
Tagi
Czy wiesz, że...
Mordercza wyprawa przez Saharę - Maraton Piasków
Przez wielu Maraton Piasków uważany jest za jeden z najbardziej wymagających...ICOON... najprostszy sposób porozumiewania
Przełom w komunikacji oraz porozumiewaniu się nastąpił właśnie teraz! Wszystko...Jaskinie Dziesięciu Tysięcy Buddów
W 494 roku, gdy cesarz Hiaowena przeniósł stolicę Chin do miasta Luoyang...
Imieniny
Dziś są imieniny:
Łukasza, Mikołaja, Pulcherii

Jutro nie zapomnij o imieninach:
Jacka, Dagny, Prota

Życzymy wszystkiego najlepszego!
Ustaw jako stronę startową | O Nas | RSS | Prywatność | Reklama | Kontakt | Pomoc
Copyright 2008-2009 by NaszaWyprawa.pl