
|
|
|
|
Zaproś przyjaciół
|
Profil podróżnika
,,Podróżuję dzięki pracy..." - wywiad z Przemysławem Babiarzem (dodano 26 marca 2009) tagi: prawa człowieka Kanada Tybet Chiny tvp 1 praca Przemysław Babiarz Przemyśl wywiad
,,Mój zawód daje możliwość przemieszczania się w najdalsze zakamarki świata…”
Przemysław Babiarz - komentator telewizyjny, z wykształcenia aktor, dwukrotnie nominowany do nagrody Telekamery roku 2000 oraz 2008. Zadebiutował na antenie prowadząc ,,Sportową Sobotę" w TVP 1.
Marcin Szworak: Panie redaktorze tak się składa, że wychowaliśmy się na tym samym podwórku. W moim wypadku oprócz gry w piłkę między blokami wspominam dzieciństwo poprzez pryzmat wspólnych wypraw rowerowych z moim ojcem. Jak w Panu, Panie Przemysławie rozbudziła się pasja podróżowania?
Przemysław Babiarz: Na pewno wielką zasługę miał tutaj również mój ojciec. Najpierw podróżowałem przymocowany do ramy roweru taty. Czasem ojciec brał mnie na barana i z wysokości jego ramiona patrzyłem na świat. Miałem wtedy około pięciu- sześciu lat. Drugą osobą, która odegrała olbrzymia rolę w mojej pasji turystycznej był mój kuzyn, z którym również w okresie późniejszym odbywałem wyprawy rowerowe. Do naszych ulubionych szlaków należała trasa Przemyśl-Huwniki-Bircza-Przemyśl licząca ponad 70 kilometrów. Wydaje mi się, że najbardziej ambitną trasą, jaką udało nam się przebyć była trasa Przemyśl- Leżajsk- Przemyśl, wynosząca około 140 km.
M.Sz.: Jednym słowem wszystko zaczęło się od dwóch kółek.
P.B.: Tak, zdecydowanie. Dzieciństwo miałem przy tym niezwykle aktywne, więc ciężko jest mi pojąć, jakim cudem „dzisiejsze” dzieci mogą spędzać większość swego wolnego czasu z nosem przed komputerem, ale cóż - to już inna epoka. Kontynuacją mojej pasji podróżowania były czasu licealnych rajdów szkolnych. W tym na przykład rajd Jabłonki, nawiasem mówiąc poświęcony generałowi Świerczewskiemu – postaci nie świetlanej. Dla nas liczył się jednak fakt wędrowania, nie zaś pobudki polityczne. Był to niezwykle pasjonujący rajd, którego dodatkową zaletą było to, że odbywał się w okresie wiosennym, kiedy przyroda budzi się do życia, mimo, że gdzieniegdzie wciąż jeszcze zalegał śnieg… Rajdów tego typu były bardzo wiele, każdy z nich był nową i niepowtarzalną przygodą.
Mateusz Machunik: Przemyśl - nasze wspólne rodzinne miasto - posiada ogromny potencjał turystyczny. Jest ono jednak bardzo słabo wypromowane. Jakie, Pana zdaniem, należałoby podjąć kroki i działania w celu promocji miasta i jakie są szanse rozwoju turystycznego grodu nad Sanem?
P.B.: Myślę, że w tym celu trzeba byłoby poruszyć lawinę. Obecna ilość przemyskich atrakcji zbiera się w pewnego rodzaju nawis, tylko ktoś w końcu musi rzucić kamień. Nie jest to łatwe, były już przecież takie próby. Mam tu na myśli programy telewizyjne, mające na celu promowanie Przemyśla i okolic. Moim zdaniem, zorganizowanie w Przemyślu wielkiej imprezy, na którą przyjechaliby przedstawiciele krajowych mediów (nie robiąc nikomu łaski), mogłoby pomóc w promocji miasta i jego atrakcji, których jest naprawdę sporo. Zakres obecnych promocji jest po prostu zbyt mały, przez co nie ma odpowiedniej siły przebicia. Doskonałym przykładem jest ignorancja w stosunku do przemyskiego stoku narciarskiego. Pamiętam, jak irytowaliśmy się wszyscy, gdy na stoku w Przemyślu funkcjonowało już sztuczne naśnieżanie, a na mapach narciarskich w Polsce nawet nie uwzględniono tego miejsca. Podawano jedynie, że w Arłamowie śniegu nie ma i na tym informacja o warunkach narciarskich się kończyła, gdy tymczasem stok w Przemyślu funkcjonował w najlepsze…
M.Sz.: Portal NaszaWyprawa.pl powstał również w celu promowania takich miejsc jak Przemyśl. Które miejsce w Przemyślu poleciłby pan użytkownikom portalu przede wszystkim?
P.B.: Myślę, że potencjalnych odbiorców należałoby podzielić na trzy grupy. Pierwszą z nich stanowiliby mieszkańcy Przemyśla, którzy chcieliby odkryć coś nowego , zupełnie nieznanego. Drugą byliby ludzie, którzy nigdy w tym mieście nie byli i w zasadzie nic o nim nie wiedzą, oraz trzecią, do której należeliby ci, którzy mają wyłącznie blade pojęcie o tym, co mogliby rzeczywiście w Przemyślu zobaczyć, którzy pamiętają go z jednej, bądź dwóch podróży odbytych w przeszłości. Są to zupełnie różne grupy. Jeśli chodzi o ludzi stąd - podstawową wskazówką jest dążenie w głąb - do przemyskich muzeów, kryjących w sobie niezwykłe skarby i ślady minionych lat. Zasadniczą sprawą jest jednak to, że ktoś musi o tym dobrze opowiedzieć. Wspaniałym przeżyciem zarówno dla mieszkańców, jak i osób odwiedzających Przemyśl, może być dobrze zorganizowany rajd po fortach, nieograniczający się jednak wyłącznie do siedzenia przy ognisku i jedzenia kiełbasek. Należy postarać się o próbę ogarnięcia i poznania fortów, jako całości. Myślę, że do mieszkańców miasta to nie do końca dociera, ale okres między 1870 a 1914, czyli okres budowy twierdzy Przemyśl będącej największą twierdzą cesarstwa Austrowęgierskiego, był okresem wielkiej prosperity tego miasta. Z całego imperium Habsburgów zjechali się najwybitniejsi inżynierowie, naukowcy i specjaliści od umocnień. To była wielka szansa dla Przemyśla, która zresztą w pewnym stopniu została wykorzystana. Proces ten przerwała pierwsza wojna światowa - gdyby nie to, mielibyśmy teraz tramwaje w Przemyślu oraz bezpośrednie połączenia kolejowe z Wiedniem i Budapesztem, których budowa była już zaawansowana. Myślę, że wielką sztuką jest pokazanie ludziom rzeczy, na które patrzą na co dzień, ale nie wiedzą, jak są ważne i niezwykłe.
M.M.: Czy praca komentatora sportowego jest dobrym sposobem na podróżowanie i poznawanie różnych zakątków świata?
P.B.: Niezłym… Zwłaszcza w czasach, gdy podróżowanie było znacznie trudniejsze ze względu na różnice zasobów finansowych oraz paszporty, które leżały na milicji, a nie w naszych szufladach. Mój zawód daje możliwość przemieszczania się w najdalsze zakamarki świata, a przynajmniej tego świata, który jest w stanie organizować imprezy. Dajmy na to, w Afryce, jako komentator sportowy nie byłem. Zresztą poza rajdem Dakar i Pucharem Narodów Afryki w piłce nożnej rzadko są tam organizowane wielkie imprezy sportowe. Kontakt z odwiedzanymi miejscami jest jednak bardzo specyficzny, bowiem czas, jaki tam spędzam jest niezwykle wypełniony i prawie w całości musi być poświecony na pracę. Zostaje najwyżej trochę czasu tuż po przylocie i czas od zakończenia zawodów do odlotu. W ten właśnie sposób zdążyłem przejechać wypożyczonym samochodem z Melbourne do Sydney. Było to na mistrzostwach świata w pływaniu w 2007 roku. Udało mi się wtedy odwiedzić gorę Kościuszki i Alpy Australijskie.
M.M.: Pytanie może bezpośrednio niezwiązanie z turystyką, ale myślę ze warto je zadać zwłaszcza w kontekście ostatnich wydarzeń. Zawody sportowe odbywają się w różnych miejscach, także w tych, gdzie nie są respektowane prawa człowieka. Jaką postawę powinniśmy przyjąć wobec rządów takich państw?
P.B.: Sprawa jest prosta. W momencie, kiedy rozpatrywane są kandydatury, nie należy przyznawać tym krajom prawa do organizacji Igrzysk albo postawi bardzo twarde warunki odnośnie realizacji praw człowieka.
M.M.: A bojkot?
P.B.: Uważam, że bojkot jest usprawiedliwiony tylko wtedy, gdy między przyznaniem organizacji takiej imprezy a jej rozpoczęciem, wydarzy się coś specyficznego, skandalicznego, coś, co sprawi że jest podstawa do bojkotu. W przypadku Chin tak nie było, dlatego, że Chiny w 2001 roku, gdy przyznane im zostało prawo do organizacji igrzysk, a w 2008 niewiele się różnią. Oczywiście – głośno odezwał się Tybet, ale sprawa Tybetu była tak samo aktualna w roku 2001, jak obecnie.
M.Sz.: A sprawa Chińczyków, którym zostały zniszczone domy a w ich miejscu powstały autostrady lub obiekty sportowe?
P.B.: Z naszego punktu widzenia rzeczywiście jest to rzecz szokująca. Natomiast z punktu widzenia chińczyków i ich mentalności niekoniecznie. Weźmy pod uwagę, że żyjemy w kulturze, która ukształtowała pojęcie osoby ludzkiej. Kultura chrześcijańska każdą osobę ludzka czyni kimś szczególnym, ważnym i nie można poświęcać jej dla jakiegoś innego dobra, jeżeli będzie to skutkowało zniszczeniem tej osoby. W Chinach panuje inna mentalność. Po pierwsze model konfucjański panujący tam od 2,5 tysiąca lat, nieco tylko zagłuszony przez komunizm, przyjmował, że jednostka musi być podporządkowana dobru zbiorowości. Naczelną zasadą tej kultury jest pewien ład i porządek, którego nie wolno burzyć. Jeżeli porządek wymaga usunięcia 100 tys. ludzi to należy ich usunąć. Przypuszczam, ze nawet gdybyśmy tam znaleźli poszczególnych ludzi, bezpośrednio poszkodowanych z tego powodu, że ich wysiedlono, to pozostali obywatele zdumieliby się tymi oskarżeniami, bo przecież w ich odczuciu tak właśnie należało postąpić. Dla nas może być to szokujące, natomiast dla Chińczyków już niekoniecznie.
M.M.: Wiele podróżował Pan po Azji, na ile wobec tego wartości omówione powyżej są ogólno azjatyckie, a na ile typowo chińskie?
P.B.: Na pewno Japończycy są o wiele bardziej zeuropeizowani, jednak także w nich pozostało wiele rysów kultury Wschodu. Te różnice kulturowości społeczeństw Wschodu i Zachodu widać często na płaszczyźnie codzienności. Na całym Wschodzie rzuca się w oczy sposób bardzo grzecznego zwracania się do drugiego człowieka. Obojętnie czy to jest grzeczność formalna czy tez płynąca z głębi serca. Odpowiada mi ona o wiele bardziej od typowego olewactwa i lekceważenie w kulturze Zachodu. Sposób traktowanie człowieka jest naprawdę ujmujący. Być może inaczej by to wyglądało od wewnątrz, ale ja przecież z definicji jestem z zewnątrz.
M.Sz.: Kilka lat temu organizowałem wyprawę rowerową pod hasłem „Złotówka za kilometr”. Celem było zebranie funduszy na protezę dla koleżanki chorej na raka. Jak ocenia Pan tego typu inicjatywy?
P.B.: Myślę, że są wspaniałe, jestem za wszystkim, co ludzie robią samodzielnie. Wpadają na pomysł i znajdują w sobie energię, żeby to zorganizować. Natomiast jestem bardzo nieufny w stosunku do instytucji. Wszystko, co się instytucjonalizuje, nagle traci impet i zapał, a po drugie nabiera kosztów. Instytucje muszą przecież z czegoś żyć. Jestem przeciwnikiem państwa opiekuńczego. Państwo ma zabezpieczać rzeczy podstawowe takie jak porządek, obronę kraju, czy edukacje na poziomie podstawowym. Wszystko inne może być bardzo dobrze organizowane przez samych ludzi.
M.M.: Czyli „pozwólcie działać”?
P.B.: Obserwując działalność rożnych stowarzyszeń, przy czym mam tu na myśli stowarzyszenia a nie instytucje, widzę, że można dotrzeć naprawdę do wszystkich. W czasie słynnego huraganu w Nowym Orleanie, który zniszczył połowę miasta, najbardziej skuteczna była pomoc prywatnych ośrodków. Pomoc rządowa dotarła tam o wiele za późno.
M.M.: Co było dla Pana największym szokiem w kontaktach z innymi kulturami, z inna obyczajowością?
P.B.: Przebywając na kontynencie północno amerykańskim, trzykrotnie byłem w Kanadzie. Wyczuwa się, że te miasta nie stoją na wielu warstwach. Gdy przyjeżdżamy do miasta europejskiego, choćby takiego jak Przemyśl, to zauważymy że „stoi” ono, na tysiącu lat, znaleźlibyśmy tam miasto 1, miasto 2 i gród drewniany. I ja czuję, że w to miejsce przybyli ludzie tysiąc, może więcej lat temu. Natomiast tam czuje się, że ktoś na środku pustkowia wybudował kilka wysokościowców i upstrzył to dookoła małymi domkami. Przyznam szczerze, że dla mnie jest to rozczarowujące, i ja nie mógłbym dobrowolnie przeprowadzić się do Kanady czy Stanów Zjednoczonych. Jednym słowem Ameryka Północna to jest coś, co zbudowane jest na piasku, a nie na skale. Z kolei Azja to coś, w czym wyczuwa się te warstwy. Natomiast istnieje wielka bariera językowa. Bariera w zasadzie nieprzezwyciężona. Możemy tutaj mówić, że Japończycy uczą się angielskiego, jest to jednak angielski funkcjonujący na poziomie elementarnym. W żadnym wypadku nie jest to porozumienie mentalne. Systemy pojęciowe funkcjonujące w naszych kulturach zupełnie sobie nie odpowiadają.
Płaszczyzną, na której zawsze można osiągnąć porozumienie jest kuchnia. Natomiast w miejscach, gdzie jedzenie nam nie odpowiada czujemy się fatalnie. Z kolei w krajach, gdzie jest dobre jedzenie, człowiek jakoś od razu czuje się lepiej i różnice kulturowe przestają mieć tak wielkie znaczenie.
W takim razie zakończmy tym pozytywnym kulinarnym akcentem. Dziękujemy serdecznie za rozmowę.
Rozmawiali: Marcin Szworak oraz Mateusz Machunik Warto przeczytać również: Wulgarny... Fredro? Okolice Rzeszowa: lochy, zamki, jarmarki i chasydzi Jaskinie Dziesięciu Tysięcy Buddów Jam Session - jak dawniej... Rekonstrukcja bitwy o Stalingrad - na żywo!
Menu aktualności
Tagi ekologia ból Aborygeni chusta wybuch bomby wodorowej porady turystyczne bieg przez pustynię prawo Japonia wyprawa lekarstwo wakacje maść piknik Kaukaz legendy złoty ząb Buddy Tour de Faso wywiad Mazowsze Czy wiesz, że...
Uczestnicy ekspedycji Chiny2009.pl wyruszyli w podróż zgodnie...Autostop - podróżuj tanio i bezpiecznie Wiele osób kwestionuje bezpieczeństwo podróżowania autostopem....Ekologiczne Himalaje? Himalaista z Nepalu – Szerpa Dawa Steven Sherpa – rozpoczął działania,... Imieniny
Dziś są imieniny:
Doroty, Wawrzyńca, Herkulesa Jutro nie zapomnij o imieninach: Beaty, Eugeniusza, Zachariasza |
|
Ustaw jako stronę startową | O Nas | RSS | Prywatność | Reklama | Kontakt | Pomoc Copyright 2008-2009 by NaszaWyprawa.pl |
|